Uwaga!

Wykryto nieaktualna wersje wtyczki Adobe Flash Player.
Dla wlasnego bezpieczenstwa pobierz najnowsza wersje ze strony producenta

Muzeum Ziemi Średzkiej Dwór W Koszutach

Koszuty 27
63-000 Środa Wlkp.
tel. (0-61) 28510-23
muzeum@koszuty.pl
Mapa dojazduMapa dojazdu

Nasze publikacje

Strona główna - Publikacje

Droga  płk.  Kuszella do Koszut

Stanisław  Frankowski

Artykuł opublikowany w "Średzkim Kwartalniku Kulturalnym" nr 2 (66)  - kwiecień - czerwiec 2013 

   Niektórzy turyści, odwiedzający piękny dworek ziemiański w Koszutach, pod Środą, są równocześnie zaintrygowani oryginalnym obeliskiem, znajdującym się w pobliżu prezbiterium tamtejszego kościoła parafialnego. Obelisk ten ma kształt ściętej kolumny i jest poświęcony osobie pułkownika Michała Kazimierza (dr Ludwik Gomolec mylnie nadał mu imię Franciszek) Kuszella, swego czasu przebywającego w Koszutach w charakterze rezydenta u ówczesnych właścicieli dworku i wsi. Na omawianej kolumnie znajdują się proste ornamenty i napisy. W jej górnej części znajdują się słowa „Grochów i Ostrołeka1831”, a niżej wyrzeźbiono, słabo czytelny, dłuższy napis o treści: „Pułkownikowi Dowódcy Wolnych Strzelców Wojsk Polskich Wdzięczni Rodacy na Podlasiu i w Koszutach – 14 Lipiec 1856”.

   Historia związana z tym pomnikiem i całym życiem Michała Kuszella kryje w sobie szereg niejasności. Nie wiadomo jakie było pierwotne przeznaczenie tego obelisku i jego umiejscowienie, a także czy było to związane z miejscem pochówku pułkownika. Na pewno jednak obecne miejsce posadowienia obelisku nie jest pierwotne. Swego czasu wybrał je twórca muzeum w Koszutach Franciszek Kosiński. Również samo burzliwe życie M. Kuszella kryje w sobie pewne niejasności i nie zawsze było wzorowe. Jednak w powszechnej opinii przeważyły jego pozytywne cechy, a zwłaszcza patriotyzm i poświecenie dla kraju. Warto też zaznaczyć, że Michał Kazimierz jest niekiedy mylony ze swym kuzynem i prawie rówieśnikiem płk. Antonim Kuszellem (1790 – 1854), także znanym uczestnikiem powstania listopadowego w 1831r.

   Kuszellowie to stara, średnio zamożna, ale dosyć znana rodzina szlachecka herbu Drogosław, pierwotnie pochodząca chyba z Litwy. Użyłem słowa „chyba”, gdyż wątpliwości budzi herb rodowy, który nie jest pochodzenia litewskiego. Mimo wszystko zastosowałem pisownię tego nazwiska przez dwa „el”, jaką przyjmuje się do, podobnego pochodzeniem, litewskiego rodu Radziwiłłów.  Taką pisownię nazwiska Kuszell można również spotkać w starych dokumentach. Przykładem może być tutaj, pisany w języku łacińskim, przywilej Augusta III Sasa z roku 1738, przyznający Konstantemu Kuszellowi tytuł stolnika podlaskiego. Muszę jednak zaznaczyć, że w wielu publikacjach spotyka się pisownię nazwiska Kuszell także przez jedno „el”. Jedna z gałęzi rodu Kuszellów osiadła na Podlasiu i północno – wschodnim Mazowszu i stamtąd wywodził się nasz bohater. Rodzina ta była spokrewniona z wieloma znanymi rodami polskimi, działającymi na Podlasiu, a zwłaszcza z tamtejszą gałęzią Ossolińskich. Ta gałąź Ossolińskich, zwana średnią i szlachecką, była skromniejsza od magnackiej linii z Małopolski, ale za to występowała liczniej. Dziewiętnastowieczny badacz historii Julian Bartoszewicz tak pisze o tej odnodze rodu Ossolińskich: „Całe Podlasie było jakby ich własnością”. Właśnie przez częste małżeństwa z pannami Ossolińskimi Kuszellowie niejednokrotnie wchodzili w posiadanie nowych majątków ziemskich na tym terenie.

   Rodzicami Michała Kazimierza, piszącego się z Hulidowa, był miecznik podlaski Józef Kuszell  i Teresa Ossolińska z Balic herbu Topór. Natomiast dziadkami Michała byli starosta liwski Michał Kuszell i inna Teresa Ossolińska oraz podkomorzy podlaski Kazimierz Ossoliński i jego żona Antonina z hrabiów Butlerów. Jak z tego zestawienia wynika nasz przyszły pułkownik miał więcej krwi Ossolińskich niż Kuszellów.

   Michał Kazimierz Kuszell urodził się w roku 1791, a więc w przededniu ostatecznej agonii I Rzeczypospolitej. Był trzecim synem Józefa i Teresy. Oprócz starszych braci miał jeszcze siostrę Karolinę Teresę i najmłodszego brata. Z tego rodzeństwa ciekawa jest historia rodziny Karoliny i jej męża Ignacego Wężyka, oficera wojsk polskich. Ich najstarszy syn Władysław, urodzony 1816r. w Toporowie koło Łosic, powstaniec listopadowy i emigrant, przyjaciel C.K. Norwida, zasłynął później jako podróżnik i autor  książki „Podróże po starożytnym świecie”. Po śmierci matki Władysław Wężyk zrezygnował ze swojej części majątku rodzinnego na rzecz spłaty finansowej, przy czym jedną trzecią tych uzyskanych funduszy przeznaczył on na pomoc ekonomiczną dla włościan z rodzinnych Chotycz i Toporowa. Pomoc ta, w formie zakupu dla nich głównie odzieży i książek była jednak wypłacana tylko pod warunkiem podjęcia przez tamtejszych gospodarzy nauki pisania, czytania, rachunków oraz znajomości katechizmu. Życie Michała Kuszella i Karoliny Wężykowej  niejednokrotnie się ze sobą krzyżowało. W roku 1819 Michał uczestniczył w zjeździe rodzinnym w Toporowie, na którym przeprowadzono kompromis separacyjny w małżeństwie Karoliny i dokonano częściowego podziału praw majątkowych.

   Michał Kuszell był przeznaczony do roli ziemianina na Podlasiu. Po rodzicach, z których matka zmarła mu bardzo wcześnie, odziedziczył wsie Chotycze i Łuzki, położone w pobliżu Łosic. Później został właścicielem majątku Niwiski koło Siedlec. Ciekawostką historyczną jest fakt, że ta ostatnia wieś w średniowieczu była siedzibą parafii katolickiej, najdalej wysuniętą na wschód w archidiecezji poznańskiej. Stryj Michała – Konstanty Kuszell był dziekanem gnieźnieńskim i kanonikiem warszawskim. Istniejący do dzisiaj w Niwiskach kościół ufundowali dziadkowie Michała Kuszella, Kazimierz i Antonina Ossolińscy. W tej wsi zachował się także murowany dwór z drugiej połowy XVIII wieku, a więc pamiętający czasy Michała. Jednak wnet okazało się, że gospodarowanie w majątkach absolutnie nie było jego żywiołem i mało się nimi zajmował. Wolał natomiast różne rozrywki, a zwłaszcza polowania. Nie dziwi więc, że współcześni wystawili mu wtedy taką niepochlebną opinię: „zawołany myśliwiec, płochy, leniwy, lubiący karty i wino”.

   Podobnie wyglądało jego życie rodzinne. Michał był dwukrotnie, lub jak podają inni trzykrotnie, żonaty. Jego pierwszą żoną, z którą ślub zawarł około 1815r., była Ludwika Krosnowska herbu Junosza. Był to dla niej drugi już mąż, gdyż parę lat wcześniej poślubiła ona majora Jana Kickiego. Michał Kuszell miał z nią dwóch synów: Juliana (1816 – 1898) i Atanazego – Anastazego (1818 – 1861). Opinia innych o tym jego małżeństwie była znowu zdecydowanie zła. Pisano więc takie słowa: „mało się trudnił żoną;… gdy zaś żonę kiedy zastał nad książką, odbierał ją i ciskał w komin wysyłając żonę do kurników, a gdy stamtąd zabłocona wracała, czynił jej wyrzuty, że jak szafarka wygląda”. Po takiej krytycznej opinii współczesnych nie dziwi nas fakt, że pierwsze małżeństwo M. Kuszella szybko się rozpadło i nastąpił oficjalny rozwód. Mówiąc o tym okresie warto może jeszcze dopowiedzieć, że pierwszym szwagrem Michała była osoba znana i generalnie zasłużona. Chodzi mi tutaj o Adolfa Krosnowskiego, który żył w latach 1794 – 1875. A. Krosnowski także walczył w powstaniu listopadowym i po jego upadku wyemigrował do Francji, gdzie osiadł w Paryżu. Tam rozpoczął działalność literacką oraz historiograficzną w postaci wydanych almanachów emigracyjnych. Prywatnie uchodził on jednak za snoba i próżniaka.

   Drugą żoną Michała Kuszella została, trochę młodsza od pierwszej, Marianna Markowska. Ślub tej pary zawarto po roku 1820, ale ten związek małżeński także nie wytrzymał próby czasu. Nie wiadomo nawet dokładnie ile dzieci i kiedy urodziło się w tym związku. Zapewne była nią córka Marianna. Jednak inni biografowie mówią o dwóch synach i trzech córkach z tego związku. Nieporozumienia te wynikają zapewne z faktu, że jeszcze przed wybuchem powstania listopadowego w życiu M. Kuszella pojawiła się nowa dama serca w osobie  Franciszki Dąmbskiej. I to raczej z nią miał Michał dosyć liczne potomstwo: synów Ignacego Jana i Ludwika oraz córki o imionach Józefa, Helena i Felicja Maria. Nie podaję dat urodzenia tych dzieci, gdyż znajdywane informacje na ten temat wydają się mało prawdopodobne. Niewątpliwie jednak większość z nich urodziła się już w trakcie lub po powstaniu listopadowym. Tak więc życie rodzinne Michała Kuszella można krótko i delikatnie określić jako zagmatwane.

   Nowy okres w jego życiu nastąpił po wybuchu w Królestwie Polskim powstania narodowego, co nastąpiło wieczorem 29 listopada 1830r. w Warszawie. Michał i Antoni Kuszellowie od razu bardzo aktywnie włączyli się w ten nurt patriotyczny i już w grudniu przystąpili w rejonie Siedlec, każdy na swoją rękę, do organizacji własnych, różnych oddziałów powstańczych. Michał Kuszell został więc organizatorem i dowódcą, w stopniu podpułkownika, oddziału strzelców podlaskich. W tym dziele organizacyjnym pomagali mu: kierownik wydziału wojska i policji w Siedlcach Sylwester Gołębiowski oraz przybyły w te strony dowódca dywizji ułanów polskich gen. Jan Weyssenhoff. Tworzenie takich regionalnych oddziałów partyzancko – leśnych było także popierane przez sztab generalny wojsk polskich. Był to oddział piechoty, w zasadzie ochotniczy, liczący przeważnie około 400 ludzi, a maksymalnie dochodzący do blisko 500 strzelców. Początki formowania tego oddziału były bardzo trudne, gdyż brakowało zarówno kadry oficerskiej jak i broni. Stąd M. Kuszell otrzymał zgodę dyktatora powstania gen. Józefa Chłopickiego na werbowanie oficerów także w szeregach polskich wojsk regularnych (z Gwardii Ruchomej). Dowódcami pododdziałów, w tym wojsku Kuszella, byli więc na ogół starsi oficerowie, a szeregowi żołnierze stanowili masę okolicznych ochotników. Uzbrojenie oddziału M. Kuszella, nazwanego podlaskimi strzelcami celnymi, początkowo było słabe i różnorodne, głównie w broń myśliwską. W założeniach przeznaczeniem oddziału miała być walka partyzancka, zwłaszcza w rejonie Włodawy i obrona przejść na rzekach. W praktyce jednak oddział ten był często przyłączany do głównych zgrupowań wojsk powstańczych, toczących swoje bitwy z wojskami rosyjskimi. Szkolenie w oddziale M. Kuszella przebiegało sprawnie i już na przełomie stycznia i lutego był on gotowy do stoczenia walki.

   Na początku drugiej dekady lutego oddział ten wszedł w skład niedużych sił gen. Józefa Dwernickiego, planujących stoczenie bitwy z grupą wojsk rosyjskich, dowodzonych przez gen. Geismara. Do takiej bitwy doszło ostatecznie w dniu 14 lutego pod Stoczkiem Łukowskim. Bój ten, chociaż nie miał większego znaczenia strategicznego, zakończył się zwycięstwem wojsk polskich, co znacznie podniosło ich morale. Oddział M. Kuszella uczestniczył wkrótce jeszcze w remisowej potyczce pod Wawrem i wreszcie wziął udział w słynnej bitwie o podwarszawski Grochów, zwanej też bitwą o Olszynkę Grochowską. Walczył wtedy w składzie 4 dywizji piechoty dowodzonej przez gen. Piotra Szembeka z wielkopolskich Siemianic k. Kępna. Dywizja ta rozlokowana była w środku zgrupowania wojsk polskich, w pobliżu gen. J. Chłopickiego i odegrała w bitwie ważną rolę.

   Była to największa i najkrwawsza bitwa polsko – rosyjska nie tylko w powstaniu listopadowym, ale nawet w całym dziewiętnastym wieku. Po stronie rosyjskiej wzięło w niej udział prawie 60 tysięcy żołnierzy, którym Polacy przeciwstawili około 40 tysięcy wojska. Rosjanie, dowodzeni przez pochodzącego z Dolnego Śląska feldmarszałka Iwana Dybicza, zwanego Zabałkańskim, mieli przewagę liczebną oraz techniczną (więcej dział i ciężkiej jazdy) i byli pewni zwycięstwa. Polacy przeciwstawili im dobre wyszkolenie żołnierzy, niezłe usytuowanie pozycji bojowych, świetny hart ducha i ….złą organizację dowództwa. Naczelnym Wodzem wojsk polskich był wtedy książę Michał Gedeon Radziwiłł, brat Namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Jednak faktycznie wojskami polskimi pod Grochowem dobrze dowodził gen J. Chłopicki, oficjalnie będący tylko doradcą Naczelnego Wodza. Ten układ personalny i niesubordynacja niektórych dowódców spowodowały, że nie udało się przechylić szali zwycięstwa na korzyść strony polskiej, chociaż w pewnym momencie możliwość taka zaistniała. Ostatecznie bitwa pod Grochowem, rozpoczęta dnia 25 lutego 1831r. i trwająca cały dzień,  po ciężkich, heroicznych bojach, zakończyła się wynikiem nierozstrzygniętym i dużymi stratami personalnymi obydwu stron. W efekcie tego Polacy musieli wycofać się do centrum Warszawy, a Rosjanie zrezygnować, na kilka miesięcy, z próby zajęcia polskiej stolicy.

   W marcu 1831r. podstawowym zadaniem oddziału strzelców podlaskich M. Kuszella  było obserwowanie i zabezpieczenie Wisły w pobliżu Warszawy, w rejonie Siekierek. W tej strefie, pod koniec marca ludzie M. Kuszella udaremnili próbę wysadzenia mostów  na Wiśle.  Stało się to dzięki rozbrojeniu i zlikwidowaniu wrogich barek rzecznych, które wiozły materiały wybuchowe. Następnie oddział ten znowu zastał przyłączony do innych, większych zgrupowań sił polskich. Początkowo było to zgrupowanie dowodzone przez gen. Wojciecha Chrzanowskiego. Liczyło ono ogółem 5.600 żołnierzy i 10 dział, w tym brygadę piechoty dowodzoną przez G. Ramorino. Z tym niedużym korpusem oddział Kuszella ruszył w Lubelskie i 9. oraz 10. maja stoczył, z dobrym skutkiem, bitwy pod Firlejem i Lubartowem. W bitwach tych szczególną rolę odegrała właśnie piechota polska. Później korpus gen. Chrzanowskiego znalazł się głównie koło Zamościa i przebywał tam do 20 czerwca. Celem tego rajdu wojskowego była spóźniona i bezsensowna próba ratowania nieudanej wyprawy korpusu gen. Dwernickiego na Wołyń. Okazała się ona bezowocna, gdyż doborowe wojsko sławnego zwycięzcy spod Stoczka tym razem się nie popisało i jako pierwsze w czasie powstania, dając zły przykład, przekroczyło granicę, gdzie zostało rozbrojone przez Austriaków. W świetle opisu tych zdarzeń, ewentualny udział M. Kuszella w ważnej, ale przegranej bitwie pod Ostrołęką (26 maja), co może sugerować napis na wzmiankowanej już kolumnie przy kościele w Koszutach, wydaje się wątpliwy.

    Po zakończeniu tej akcji 9 batalion strzelców celnych podlaskich, wciąż dowodzony przez M. Kuszella, wszedł w skład innego korpusiku, którego dowódcą był pułkownik, a wkrótce generał Samuel Różycki. Był to jeden z lepszych dowódców sił powstańczych, który faktycznie wykazywał chęć walki z wrogiem. Odtąd z tym korpusem i dowódcą ludzie Kuszella będą już związani do końca powstania. Będą to jednak działania raczej na peryferiach głównych zmagań wojsk polskich i rosyjskich, chociaż mające duże znaczenie dla ogólnej sytuacji wojskowej powstania. Korpus gen. S. Różyckiego liczył w różnych okresach od 1 do 4 tysięcy żołnierzy. W pewnym momencie znalazł się w nim również oddział jazdy pułkownika Antoniego Kuszella.

   Jedną z takich akcji zbrojnych była wyprawa korpusiku S. Różyckiego, liczącego wtedy ponad tysiąc ludzi na Puszczę Białowieską. Odniosła ona spore sukcesy. Już drugiego dnia akcji, w dniu 22 lipca, korpus S. Różyckiego, z istotnym udziałem batalionu M. Kuszella, wziął w Drohiczynie do niewoli baon (batalion) rosyjski. Zdobył tam także znaczące wartości gospodarcze, w postaci pieniędzy zebranych z podatków i nagromadzonych różnych zapasów. Następnego dnia korpus Różyckiego zajął Siemiatycze. Tutaj znowu w ręce polskie dostały się grupy jeńców rosyjskich, broń i materiały sukiennicze. Szczególnie cenna była ta ostatnia zdobycz, gdyż umożliwiła uszycie nowych mundurów dla oddziału M. Kuszella, których dotychczasowy stan był opłakany. W międzyczasie oddział Kuszella kontynuował wyprawę i  24 lipca, między Siemiatyczami a Puszczą Białowieską wziął do niewoli rosyjskiego generała Fiodora Siergiejewicza Paniutina. Generał ten przebywał w polskiej niewoli przez około 2,5 miesiąca, a więc do końca powstania. Ostatecznie wyprawa do Puszczy Białowieskiej zakończyła się 27 lipca potyczką zbrojną pod Leśną (obecnie Leśna Podlaska).

   Na początku sierpnia 1831r. korpus S. Różyckiego, z batalionem M. Kuszella, przeniósł się w rejon świętokrzyski. Toczył tam walki głównie z przeważającymi siłami rosyjskimi, dowodzonymi przez kolejnego generała niemieckiego w mundurze rosyjskim Fiodora Wasilewicza Rydygiera (faktycznie Theodora von Rüdigera). W tym czasie korpus gen. S. Różyckiego tworzył, w rejonie swojego działania, nowe oddziały wojskowe oraz zakłady zbrojeniowe oraz toczył różne potyczki, takie jak pod Wolą Pawłowską, Zakrzowem, Iłżą, Odrowążem, Molochowem, Skaryszewem, Chotczą Górną i Wolą Siennicką. Boje te trwały co najmniej do 11 września. Później korpus S. Różyckiego, wciąż silnie naciskany przez oddziały Rydygiera , wycofywał się w kierunku granicy austriackiej, a formalnie niby autonomicznego Wolnego Miasta Krakowa, nazywanego też Republiką Krakowską. Ostatecznie korpus Różyckiego i Kuszella był zmuszony przekroczyć tę granicę i w zachodniej Galicji, w pobliżu miejscowości Bobrek nad Wisłą, złożyć broń władzom austriackim. Nastąpiło to dnia 28 września 1831r. Wcześniej, bo już 17 września zrobił to znacznie silniejszy (10 tysięcy piechoty, 5 tys. jazdy i 40 dział) zdemoralizowany korpus wojsk polskich, dowodzony przez nieudolnego w tej wyprawie generała włoskiego Girolamo Ramorino, a jeszcze wcześniej (8 .IX) poddała się Warszawa.

   Udział w wojnie polsko – rosyjskiej 1831 roku strzelców podlaskich, dowodzonych przez, awansowanego w trakcie walk na stopień pułkownika,  Michała Kuszella należy ocenić zdecydowanie pozytywnie. Tak też oceniali ich wojskowi przełożeni. W efekcie batalion ten, za stoczone bohatersko walki, otrzymał wiele odznaczeń, w tym 1 Krzyż Kawalerski, 8 Krzyży Złotych i 9 Srebrnych. Również sam dowódca strzelców podlaskich zdał egzamin patriotyczno – wojskowy i uzyskał pozytywne oceny za swą działalność w tym powstaniu narodowym. Świadczy o tym następująca opinia znawców tematu: M. Kuszell „wyróżniał się, jak widać z akt sztabu głównego wojska polskiego 1830 -31, męstwem, energią i odwagą w działaniach partyzanckich”. Niewątpliwie ten typ działań najbardziej mu odpowiadał.

   Po rozwiązaniu oddziału powstańczego Michał Kuszell pozostał na terenie austriackim, w Galicji. Miał tam zresztą swoich krewnych i znajomych, a Senat Rządzący Republiki Krakowskiej, początkowo w miarę skutecznie, próbował pomóc byłym powstańcom. Równocześnie pułkownik starał się o uzyskanie amnestii ze strony władz carskich (car Mikołaj I, pod koniec 1831r., wydał w tej sprawie ogólny ukaz ) i możliwość powrotu w rodzinne strony oraz odzyskania swoich majątków ziemskich, które wcześniej zostały mu skonfiskowane Starania te nie tylko nic mu nie dały, chociaż dobra Chotycze odzyskała nieco później jego siostra Karolina Wężyk, lecz władze carskie wyznaczyły jeszcze nagrodę za jego schwytanie, gdyż dodatkowo oskarżono M. Kuszella o rozstrzelanie rosyjskiego pułkownika Rota. Również władze austriackie i pozostałych zaborców wkrótce narzuciły Republice Krakowskiej nową konstytucję i w drugiej połowie 1833 roku zaostrzyły kurs polityczny. W efekcie ostatecznie zdecydowały się one aresztować M. Kuszella oraz innych powstańców polskich. Najpierw uwięziono go w czeskim Brnie, a potem w roku 1834 w starej, piętnastowiecznej, położonej na wzgórzu San Giusto, twierdzy w Trieście, porcie leżącym na peryferiach ówczesnego państwa Habsburgów.

   W tym momencie rozpoczyna się okres słabo rozpoznany przez biografów M. Kuszella. Razem z nim w Trieście więzionych było sporo polskich uczestników powstania listopadowego. Władze austriackie nie chciały ich uwolnić, ale równocześnie niechętnie łożyły na utrzymanie tych więźniów. Stąd zrodził się pomysł, aby część więźniów polskich przekazać Stanom Zjednoczonym, potrzebującym nowych osadników. W wyniku porozumienia cesarza Franciszka I z prezydentem USA Andrew Jacksonem do takiej transakcji doszło w 1834r. i 235 powstańców zostało statkami deportowanych do Ameryki. Osiedli oni, na ogół na roli, w rejonie Chicago. Niektórym z nich to jednak nie odpowiadało i zaciągnęli się do wojska amerykańskiego. Tak postąpił oficer powstańczy Ludwik Napoleon Dębicki (1807 – 1836). W toku walk USA z Meksykiem o Teksas, w którym zamieszkiwali amerykańscy osadnicy, jako major artylerii dostał się on do niewoli meksykańskiej i został rozstrzelany. Nieco później władze Teksasu, wtedy formalnie niepodległego, a wkrótce już amerykańskiego stanu, w podzięce za dzielność i ofiarę życia, nadały spadkobiercom L. N. Dębickiego znaczne działki ziemi (blisko 500, a w innej wersji nawet ponad 4.000 akrów). Działki te okazały się roponośne i ich obecna wartość szacunkowa wynosi 10 - 40 miliardów dolarów! Pomijając ten sensacyjny wątek uboczny, trzeba stwierdzić, że M. Kuszell nie brał udziału w tym opisanym zdarzeniu. Jednak udało się mu w tymże 1834 roku, jako jednemu z nielicznych, także wydostać z twierdzy Triest i poprzez Szwajcarię przedostać się do Francji, gdzie przebywała większość polskich emigrantów listopadowych. Byli oni pod częściową opieką rządu francuskiego i otrzymywali, systematycznie obniżany, skromny zasiłek finansowy, zwany potocznie żołdem. W omawianym okresie władze francuskie rozlokowały polskich emigrantów powstańczych w blisko stu niewielkich ośrodkach prowincjonalnych.

   Pobyt M. Kuszella we Francji obejmował dwie miejscowości: Chantilly oraz Paryż i trwał co najmniej kilka lat. Chantilly to nieduża miejscowość w Pikardii, niedaleko stolicy Francji. Słynie ona z kilku rzeczy, takich jak znana „Creme Chantilly” czyli aromatyzowana bita śmietana, koronki klockowe, wyścigi konne i przede wszystkim wspaniały, renesansowy Wielki Zamek, w którym znajduje się Muzeum Kondeuszy. Pobyt Kuszella w tej uroczej miejscowości trwał do roku 1837.

   Potem przeniósł się on do Paryża, ale jak długo tam przebywał i co porabiał nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że w roku 1846 M. Kuszell był już w Koszutach. Jak do tego doszło i skąd się wzięły kontakty jego z właścicielami Koszut także dokładnie nie wiemy Zapewne pomogły mu jakieś znajomości wśród kolonii paryskiej polskich emigrantów, w której nie brakowało także przedstawicieli Wielkopolski. Do Wielkopolski przybywali również różni emisariusze polityczni, reprezentujący poszczególne odłamy polskiej emigracji i oni mogli także pośredniczyć w takich kontaktach. Na początku lat czterdziestych byli to głównie przedstawiciele Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Jednym z takich emisariuszy T.D.P. był Ludwik Mierosławski, przyszły wódz wielkopolskiej Wiosny Ludów. Sądzę także, że w kwestii domniemanych kontaktów M. Kuszella z Koszutami nie można wykluczyć ewentualnego pośrednictwa jego siostrzeńca, wspomnianego już Władysława Wężyka, który w swych podróżach, na początku lat czterdziestych, zawitał również do Wielkopolski, a w latach 1843-4 zamieszkał nawet  w Poznaniu na stałe. Odwiedzał wtedy często poznański salon rodzeństwa Moraczewskich, gdzie zapewne spotykał znanego działacza ziemiańskiego z regionu średzkiego Włodzimierza Wolniewicza. Z nieco późniejszych dokumentów wynika, że Jędrzej Moraczewski miał dobre kontakty bezpośrednie z właścicielami Krerowa i Koszut. W. Wężyk odwiedzał wówczas także osobiście niektóre pobliskie majątki (np. Objezierze). Ważnym momentem historycznym, który mógł zadecydować o przyjeździe M. Kuszella do Koszut, było objęcie w roku 1840 panowania w Prusach przez nowego władcę Fryderyka Wilhelma IV i złagodzenie polityki germanizacyjnej w Wielkopolsce. Nowy władca, chcąc pozyskać szlachtę polską tej prowincji, zgodził się na powrót do kraju sporej grupy emigrantów.   

   Jeśli więc przyjąć, że przyjazd M. Kuszella do Koszut nastąpił nie wcześniej niż po roku 1840, co wydaje się racjonalne, to jedyną właścicielką Koszut i Krerowa była wtedy Franciszka z Sieroszewskich, primo voto Zabłocka, a secundo voto Swiszulska (co do pisowni tego nazwiska istnieją drobne nieścisłości). Z tego drugiego małżeństwa, które zakończyło się w kwietniu 1839r. śmiercią męża Antoniego Swiszulskiego, żyła w Koszutach córka Aniela, urodzona w roku 1819. W świetle tego co dotąd podałem, należy odrzucić sugestię z pierwszego numeru Średzkiego Kwartalnika Kulturalnego mówiącą, że Kuszell przybył do Koszut w roku 1831. W Koszutach M. Kuszell pełnił stateczną rolę tak zwanego rezydenta, co na ówczesnych dworach szlacheckich było zjawiskiem dosyć częstym. Lokalizacja jego izby mieszkalnej w dworku obecnie nie jest znana. Jednak dla zachowania  tradycji symbolicznie nazwano pomieszczenie, znajdujące się w alkierzu, ulokowanym w północno – zachodnim narożniku dworu koszyckiego, izbą rezydenta. Przebywając w Koszutach Kuszell nawiązywał niewątpliwie różne kontakty towarzyskie, w tym z dawnymi towarzyszami broni, z czasów powstania listopadowego. Do takich należał zapewne, znacznie młodszy od płk. Michała, dawny towarzysz broni z czasów powstania Napoleon Rekowski (1816-1879), gospodarujący teraz w rodzinnych majątkach, rozlokowanych na terenie powiatu ostrzeszowskiego i poza granicą z Rosją.

   Spokojny żywot  rezydenta dworu w Koszutach został przerwany w 1848r. zrywem patriotycznym, określanym jako Wiosna Ludów.. M. Kuszell miał w tej sprawie kontakty z powstałym w marcu tego roku, w Poznaniu, polskim Komitetem Narodowym. Przydała się także wcześniejsza znajomość z Napoleonem Rekowskim. W rezultacie obaj, jako doświadczeni oficerowie, zostali wyznaczeni przez Komitet Narodowy na organizatorów polskiej siły zbrojnej na terenie powiatu ostrzeszowskiego, przy czym, jak podaje dr Stanisław Karwowski w „Historii Wielkiego Księstwa Poznańskiego”, Kuszell miał być organizatorem głównym, a N. Rekowski założycielem oddziałów jazdy. Z tych planów, akurat na terenie powiatu ostrzeszowskiego, niewiele wyszło, gdyż tamtejsze oddziały chłopskie, nieco na wzór niedawnej rabacji galicyjskiej, zamiast zaatakować Prusaków, przystąpiły do napadów na niektóre dwory szlacheckie. Wskutek tego zbuntowani chłopi zostali zbrojnie zaatakowani pod Kochołowami przez oddział dowodzony przez szwagra Napoleona Rekowskiego – Józefa Wężyka , dziedzica pobliskich Rogaszyc, leżących w południowej części gminy Ostrzeszów. Po tym starciu udział tamtejszych chłopów w ruchu Wiosny Ludów zamarł. Nawiasem mówiąc tenże J. Wężyk pochodził z innej linii rodu, nie spokrewnionej bezpośrednio z gałęzią rodziny siostry pułkownika Kuszella. W tej sytuacji M. Kuszell włączył się do pomocy przy organizacji dużego obozu powstańczego w naszej Środzie. Jak podaje dr Ludwik Gomolec. M. Kuszell zajmował się tutaj głównie szkoleniem powstających oddziałów piechoty, od czego był przecież specjalistą. Według innych źródeł informacji historycznej pułkownik Kuszell był także oficerem sztabowym w powstańczym obozie w Pleszewie, dowodzonym przez Feliksa Białoskórskiego, swego czasu również dowódcę oddziału w powstaniu listopadowym. Tam również zajmował się głównie szkoleniem strzelców pieszych. Udział M. Kuszella w działaniach szkoleniowych w obydwu wymienionych obozach powstańczych nie wyklucza się, gdyż działały one w różnych okresach i w połowie kwietnia 1848r. zgrupowanie średzkie już nie istniało. Ze swoimi pieszymi grupami powstańczymi Kuszell zapewne uczestniczył także w bojach toczonych z wojskami pruskimi pod Miłosławiem i Sokołowem, chociaż wiadomości na ten temat są znikome. Jedynie znowu St. Karwowski podaje, że podczas tego drugiego boju „Strzelcy Langego i Kuszla stanęli po obu brzegach żwirówki, na zachód od Sokołowa”. Wiadomo też, że powstańcy z obozu pleszewskiego odegrali bardzo istotną rolę w odniesieniu zwycięstwa w nieco wcześniejszej bitwie pod Miłosławiem.

   Pomimo ostatecznej klęski Wiosny Ludów w Wielkopolsce, życie toczyło się tutaj nadal i ludzie zaczęli zajmować się nie tylko walką zbrojną. Właścicielka Koszut i Krerowa musiała pomyśleć o wydaniu za mąż swej jedynej z drugiego małżeństwa i niemłodej już córki Anieli. Swego czasu pan Tadeusz Osyra z Koszut sugerował, że pomocnym w załatwieniu tej sprawy był M. Kuszell. Sugestia ta wydaje się mi bardzo prawdopodobna. Można nawet dodać, że plany takie mogły się zrodzić właśnie w czasie Wiosny Ludów i kontaktów bezpośrednich Kuszella z Rekowskim. Wszak ten ostatni w roku 1837 stracił swoją żonę Teofilę W. B. z Kęszyckich, którą poślubił cztery lata wcześniej, a posażna panna Aniela Swiszulska była odpowiednią partią małżeńską. Ostatecznie więc do ślubu Anieli i Napoleona Rekowskiego doszło w Koszutach na początku lipca 1850r. Z tego małżeństwa urodziła się 19 maja 1851r. w Kęszycach córka Maria, przyszła dziedziczka Koszut i Krerowa oraz żona wnuka słynnego generała „Amilkara” Kosińskiego.

   Ostatnie lata życia płk. M. Kuszell nadal spędził w Koszutach, w otoczeniu przyjaznej mu rodziny Swiszulskich (pani Franciszka zmarła znacznie później niż on) i Rekowskich. Tam też zmarł 14 lipca 1856 i pochowany został na lokalnym cmentarzu parafialnym, wśród życzliwej mu ludności. Wśród mieszkańców tej wsi pozostawił po sobie dobre wspomnienia, co wyraziło się ufundowaniem mu, ze składek społecznych, oryginalnego pomnika - obelisku, opisanego na początku tego artykułu. Aktualnie jednak kolumna ta wymaga pilnej opieki konserwatorskiej. Pamięć o pozytywnej roli pułkownika Michała Kuszella, w czasach powstania listopadowego, przetrwała zwłaszcza w jego rodzinnych stronach, na Podlasiu. Niejednokrotnie wspominały o nim tamtejsze publikacje regionalne.

 Źródło: 

 

 

*************************************************************************************************************

RZEŹBY NA RYNKU.

W ostatnich dniach przeczytałem kilka głosów na temat planowanego umieszczenia dwóch pomników na Starym Rynku w Środzie. Z uwagi na to, że uczestniczyłem w procesie akceptowania projektu remontu całego placu na polecenie Wielkopolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, czuję się niejako wywołany do publicznej wypowiedzi na ten temat.

 Wolność twórcy.

Do konkursu na projekt odnowy średzkiego rynku zgłoszono dwie prace. Pierwsza z nich proponowała zdecydowanie nowoczesne rozwiązania architektoniczne, włącznie z częściowym przeszkleniem płyty rynku. Projekt ten ideowo nawiązywał do koncepcji realizowanych w latach poprzednich. Eksperymenty lat powojennych, tzn.: duży klomb w środku placu, przystanek autobusowy, stacja benzynowa, pomnik 700 – lecia Środy w nowomodnej aranżacji, nie sprzyjały podkreśleniu rangi miejsca, jakim jest rynek. Te nowinki estetyczne, jak uczy doświadczenie lat powojennych, pociągały za sobą potrzebę ciągłego i kosztownego poprawiania przyjętych rozwiązań architektonicznych.

Do realizacji przyjęto drugi z przedstawionych projektów. Prezentował on – moim zdaniem – bardziej dojrzałą koncepcję. Głównym pomysłem artystycznym tej pracy było odwołanie się do dawnego wyglądu rynku. Zaplanowano częściowe usunięcie drzew okalających plac.   Istotnym elementem projektu było umieszczenie okazałej latarni w centrum placu, jako punktu „zachęcającego” do przechodzenia przezeń, a nie wzdłuż pierzei rynku. Autor zaproponował umieszczenie w narożnikach placu czterech dominant: dwóch rzeźb na cokołach, fontanny i słupa ogłoszeniowego.

Opisana wyżej koncepcja – jak możemy zobaczyć – doczekała się w ubiegłym roku częściowej realizacji. Brakuje jeszcze owych narożnych dominant. Projekt wzniesienia figur Matki Boskiej i świętego Wawrzyńca, podobnie jak stojąca już na środku placu latarnia, odwołuje się do ugruntowanej przez historię tradycji i dopełnia koncepcję architektoniczną twórcy. Omawiane rzeźby, będąc częścią składową projektu architektonicznego, objęte są ochroną, jaką daje twórcy prawo autorskie. W tym kontekście głosy namawiające projektanta do zmiany koncepcji, na tym etapie realizacji, jak sugerowano w niektórych wypowiedziach prasowych, byłoby moim zdaniem ingerowaniem w proces twórczy. Sądzę, że taka interwencja zniweczyłaby oryginalność całego pomysłu, co więcej mogłaby spowodować powstanie dodatkowych kosztów.  

Przestrzeń kulturowa.

W dokumencie pt.: Narodowa Strategia Rozwoju Kultury na lata 2004 – 2013 czytamy: „… Kulturę definiować można na różne sposoby. Jednym z najszerzej znanych, akceptowanych i stosowanych jest rozróżnienie znakomitej polskiej badaczki, prof. Antoniny Kłoskowskiej, która podzieliła kulturę na kulturę bytu, kulturę społeczną i kulturę symboliczną…” [A. Kłoskowska, Socjologia kultury, PWN, Warszawa 1981.], i dalej:Kultura warunkuje rozwój społeczny i gospodarczy, kształtuje postawy obywateli i formy instytucjonalne państw. Nie jest więc tylko elementem systemu, ani tym bardziej dziedziną życia społecznego, ale podstawą do wszelkich zmian instytucjonalno – ekonomicznych społeczeństw.” [op. cit. s. 6.]

Przestrzeń kulturowa jest więc naszym otoczeniem, którego ład lub bezład w fundamentalny sposób rzutuje na jakość naszego życia. To ogólnie akceptowane rozumienie pojęcia kultury, skłania mnie do wyrażenia opinii, iż sugestia, że rzeźby odnoszące się w swej treści do korzeni chrześcijańskich nie powinny funkcjonować w przestrzeni publicznej, wydaje się nieostrożnie koniunkturalne.  Czy wstydzimy się naszej 1000 – letniej przeszłości? Czy wstydzimy się duchowej inspiracji naszych przodków, z której czerpali męstwo i heroiczne postawy? Czy wstydzimy się wreszcie odwagi Średzian, którzy oddali życie za Wolność? Wolność napisałem dużą literą,  bo przecież nie chodzi wyłącznie o wolność ekonomiczną czy obyczajową.  Zdaję sobie sprawę, że trudno dostrzec wartość przestrzeni kulturowej, bo przecież żyjemy w niej, tak samo jak nie dostrzegamy, że oddychamy tlenem, bo przecież zawsze jest obecny w powietrzu. A nasze miasto jest wyjątkową przestrzenią kulturową. Układ urbanistyczny tworzony od XIII wieku, oddzielony od reszty miasta plantami z wyraźnym zarysem „negatywu” murów miejskich, z wartościową architekturą średniowieczną i nowożytną, tworzy niepowtarzalny klimat, z wyraźnie wydzielonym centrum, do którego nawiązuje – przez podobieństwo lub przeciwieństwo przestrzenne – reszta miasta. Taki właśnie obraz miasta utrwalony jest w naszej pamięci, niezależnie od tego, czy całe życie tutaj mieszkamy, czy też wspominamy rodzinny dom będąc nawet na krańcach świata. Mając świadomość wartości, o którą przyszło nam się dzisiaj troszczyć, powinniśmy również wiedzieć, że każda zmiana w tej przestrzeni jest brzemienna w skutki. W tym kontekście odwołanie się do tradycyjnego wyglądu głównego placu miasta jest wysoce uzasadnione względami kulturowymi.

Materialna wartość niematerialnego.

Czy zastanawiali się Państwo, dlaczego lubimy oglądać akcje filmowe rozgrywające się w otoczeniu pięknej starej zabudowy, malowniczych ulic, wnętrz zamków, pałaców czy uroczych parków albo zwiedzać zaułki starych miast, gdzie widać jak narastały kolejne warstwy aktywności wielu pokoleń? Otóż to jest właśnie przestrzeń, w której lubimy przebywać, która nam się dobrze kojarzy. Tchnie z niej ład i spokój, których deficyt ustawicznie odczuwamy w naszym życiu.

Zadbana przestrzeń historyczna jest też towarem na sprzedaż, a pierwszymi sprzedającymi są mieszkańcy tej przestrzeni. Wiemy o tym dobrze podróżując po innych regionach czy krajach. Starówka średzka ma ogromne potencjalne możliwości, aby stać się tzw. produktem turystycznym. Podniesienie walorów turystycznych, konsekwentne budowanie ładu przestrzennego przez prowadzenie remontów, w tym szeroko pojęta odnowa zabytków, może wykreować ze Środy ważny i uczęszczany ośrodek ruchu turystycznego. Patrząc z perspektywy muzeów w Koszutach czy w Gieczu jest to całkiem możliwe i nawet pożądane. O wprzęgniecie Środy w trasę turystyczną od kilku lat zabiega Muzeum Początków Państwa Polskiego na Lednicy. W tym roku  chcemy też „powiązać” Koszuty ze Środą ścieżką rowerową.

Czułe serce.

Sądzę, że nieprzypadkowo nasi przodkowie postawili figury Matki Boskiej i świętego Wawrzyńca na rynku w Środzie. Przemawianie obrazami czy rzeźbami jest tak stare, jak ludzka pamięć. Zatem co chcieli powiedzieć nasi przodkowie przez wzniesienie rzeźb tych postaci? Uważam, że jest to bardzo ważne pytanie, na które koniecznie należy odpowiedzieć.

Omawiane postaci, należąc do kapitału symbolicznego średzkiej przestrzeni miejskiej, wypracowanego przez naszych poprzedników, odnoszą się do wspomnianej wyżej definicji kultury społecznej. Mówiąc innymi słowy, postaci te i ich postawy uczą nas, jak godnie żyć. Maryja pokazała jak towarzyszyć drugiemu człowiekowi w niezawinionym cierpieniu. Jakże często stajemy przed takim właśnie problemem w naszym życiu, np. gdy chorują i umierają nasi bliscy, a my zadajemy sobie pytanie – co można zrobić, gdy nie można zrobić nic. Święty Wawrzyniec pozostaje w naszej pamięci jako ten, który oddał swoje życie pomagając biednym. W ten sposób stał się wzorem dla tych, którzy gotowi byli, niezależnie od stopnia zamożności pomagać tym, którzy nie mogą sami sobie dać rady. Ta postawa również jest nam bliska. Obok nas jest tak wielu potrzebujących, a pomaganie wymaga odwagi darczyńcy. Wymienione postaci świętych pokazują nam więc niewielki, chociaż bardzo ważny aspekt wspólnotowy życia społecznego. Ponadto przypominają nam, że nasi przodkowie bardzo poważnie podchodzili do relacji społecznych w swoim środowisku. Wartości etyczne w życiu dawnych Średzian miały tak wielkie znaczenie, że zdecydowali się na manifestację tych szlachetnych postaw wystawiając rzeźby Maryi i świętego Wawrzyńca w centralnym punkcie miasta, i to właśnie na wybitnie świeckim placu targowym, gdzie rządził pieniądz.   

Mijają epoki. Każde dojrzałe pokolenie troszczy się o przyszłość. Wychowując młodzież staramy się przekazać jej to, co wydaje się nam najważniejsze w życiu. Chcemy, aby nasi następcy mieli mężne, ale jednocześnie czułe serca. Myślę, że właśnie takie przesłanie przyświecało tym, którzy w przeszłości zdecydowali się wznieść owe figury na średzkim rynku i uważam, że jest to godne powtórzenia ku pomocy nam, naszym dzieciom i wnukom.

 Podsumowując, opowiadam się za konsekwentnym zrealizowaniem przyjętego już projektu aranżacji rynku.

Zakończenie.

W publikowanych wcześniej tekstach na temat planowanego wzniesienia figur na średzkim rynku, wspomniano między innymi o tym, że warto byłoby w przestrzeni miejskiej umieścić ławeczki z siedzącymi nań znanymi z historii Środy osobami – do póki trwa o nich pamięć – np. z rzeźbą księdza Augustyna Szamarzewskiego. Tak, jest to bardzo dobry pomysł. Sądzę bowiem, że tego rodzaju dzieła w znakomity sposób wzbogaciłyby przestrzeń kulturową naszego miasta. Zresztą, przypatrując się placom i ulicom miast z innych stron świata, łatwo zauważyć, że są one kształtowane przez różnego typu formy przestrzenne, nadające im indywidualny klimat, z którym mogą identyfikować się mieszkańcy – czego, w dzisiejszym zunifikowanym świecie, bardzo potrzebujemy.  

Jacek Piotrowski

 

Koszuty. Zmiany w przestrzeni wsi w 1 połowie XIX wieku.


Wstęp.

             W ostatnich latach dociera do nas wiele wypowiedzi akcentujących rolę  wiedzy o własnej przeszłości jako podstawie funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa. Pogląd taki spotkać można w wielu doniosłych dziełach i ważnych dokumentach.  Wskazuje się w nich, że każda społeczność, pragnąca posiadać indywidualne cechy wyróżniające ją w coraz bardziej zunifikowanym kulturowo świecie, w budowaniu współczesnego obrazu powinna czerpać inspirację z przeszłości. Tradycja stała się obecnie, nie tylko wyróżnikiem w potocznym tego słowa znaczeniu, ale również „produktem” wykorzystywanym w różnych przedsięwzięciach gospodarczych. Coraz chętniej zwracamy uwagę na produkty wykonane w „tradycyjnej” technologii, usługi turystyczne proponowane w „tradycyjnej” oprawie. Przeszłość coraz częściej wykorzystywana jest także w tak zwanej „polityce historycznej”. Używana jest ona jako skuteczne narzędzie w budowaniu nowych relacji między społecznościami poszczególnych regionów czy krajów. W tym kontekście każdą próbę poznania historii należy traktować bardzo poważnie.

             Zadaniem przedstawionego poniżej artykułu jest przybliżenie procesów przemian zachodzących w przestrzeni wsi wielkopolskich w pierwszej połowie XIX wieku. Główną intencją poruszenia tego problemu jest wywołanie refleksji nad rolą tradycji we wszelkich zmianach zachodzących we współczesnych działaniach planistycznych. Marginalizowanie tego zagadnienia negatywnie odbija się na merytorycznej jakości dokumentów strategicznych, studialnych i miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Wobec braku rozpoznania dawnych uregulowań przestrzennych tworzy się założenia rozwoju wsi w całkowitym oderwaniu od dawnych układów przestrzennych. W konsekwencji powoduje to, że liczne miejscowości tracą swój oryginalny charakter i stają się anonimowe. Współczesne wsie, co jest powszechnie zauważalnym zjawiskiem, zwolna przybierają charakter podobny do osiedli miejskich, generując przy okazji negatywne zjawiska społeczne, poczynając od utraty więzi środowiskowych, tak charakterystycznych dla dawnych społeczności wiejskich.

            Skuteczną metodą przeciwstawienia się temu zjawisku jest szczegółowe poznanie historii zmian zachodzących w miejscowościach powstałych przed wieloma wiekami. Dobrym przykładem ewolucji układów przestrzennych wsi jest reforma gospodarcza Wielkiego Księstwa Poznańskiego przeprowadzona w pierwszej połowie XIX wieku. W literaturze przedmiotu problematyka ta jest słabo udokumentowana. W obrębie tego zagadnienia do tej pory największą uwagę poświęcono rozpoznaniu przestrzeni rezydencjonalnych i gospodarczych majętności wielkoobszarowych. Odnotować należy powstanie licznych opracowań poświęconych zachowanym zespołom dworskim, pałacowym, parkowym, a także budownictwu folwarcznemu. Prace te oparte są zazwyczaj na dokumentacjach inwentaryzatorskich przygotowywanych przez Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno – Spożywczego w Szreniawie lub Regionalne Ośrodki Badań i Dokumentacji Zabytków. Liczne zbiory różnego typu opracowań konserwatorskich gromadzone są w wyżej wymienionych instytucjach oraz w archiwach Wojewódzkich Urzędów Ochrony Zabytków. Stosunkowo dużym zainteresowaniem środowisk naukowych cieszy się również tak zwane osadnictwo olęderskie. W tym przypadku na szczególną uwagę, oprócz działań realizowanych przez specjalistów skupionych wokół wyższych uczelni i muzeów, zasługują inicjatywy różnych organizacji pozarządowych, stowarzyszeń i osób prywatnych.

            Odnosząc się do całych przestrzeni wiejskich (zabudowy gospodarstw chłopskich, układów drożnych, rozplanowania pól uprawnych, użytków zielonych i lasów) obserwujemy dotkliwy brak udokumentowania ich przemian. Uzupełniając tę lukę, w poniższej analizie opisano ewolucję rozplanowania Koszut, wsi znajdującej się w powiecie średzkim. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że posłużenie się tylko jednym przykładem w niczym nie zawęża poruszanego zagadnienia, gdyż zarówno historia wsi, jak i zaistniałe w niej zmiany są typowe i odnoszą się do wielu podobnych w regionie. Ewolucja układu przestrzennego Koszut, stymulowana przez administrację rządu pruskiego oraz osadzona w rozpowszechnionych zwyczajach, powtarzana była w wielu innych miejscowościach mających podobny wzór pierwotnego rozplanowania.

Tło historyczne.

            Najwcześniej pojawiające się przesłanki prawne mające wpływ na zmiany w rozplanowaniu wsi Wielkopolskich związane były ze stopniowym uwalnianiem chłopów z ograniczeń feudalnych. Pierwsze zabiegi w tym zakresie prowadzone przez rząd pruski w latach 1815 – 1816, niestety fatalnie odbiły się na sytuacji życiowej ich mieszkańców.  Uruchomiono bowiem wówczas proces nazywany „rugami chłopskimi”. Głównym celem wysiedleń z ziemi była chęć zmniejszenia liczby mieszkańców wsi uprawnionych do uwłaszczenia. Zjawisko to, budzące uzasadniony sprzeciw zostało zahamowane dopiero w 1819 roku. Pomimo, że trwało ono zaledwie kilka lat, zapoczątkowało proces kurczenia się zabudowy chłopskiej. Uspokojenie narosłych konfliktów nastąpiło dopiero po złożeniu obietnicy przez władze pruskie, polegającej na ustanowieniu odszkodowania na rzecz właścicieli majątków za przekazaną ziemię. 8 kwietnia 1823 roku ogłoszono „ustawę regulacyjną”, czyli tak zwaną  „ustawę uwłaszczeniową”, adresowaną między innymi do obszaru Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Ustawa wdrażana była aż do około 1865 roku. Jej zapisy ostatecznie rozwiązały problematykę przekazania ziemi oraz zadośćuczynienia na rzecz ziemian. Konsekwencją separacji gruntów chłopskich była gruntowna zmiana rozplanowania pól, uniemożliwiająca kontynuację prowadzenia uprawy ziemi w oparciu o tzw. „trójpolówkę”. Wydzielenie ziemi dla chłopów, ostatecznie zmusiło gospodarzy wszystkich gospodarstw, niezależnie od ich wielkości, do wprowadzenia „płodozmianu”. Własność prywatna, uwolniona od dawnych ograniczeń, umożliwiła także wprowadzanie ziemi na rynku kapitałowy. Wszystkie te czynniki w stosunkowo krótkim czasie doprowadziły do bardzo głębokich zmian w relacjach społecznych na wsi, nie mających precedensu przynajmniej od czasów średniowiecza.

Historia Koszut.

            Najstarsza wzmianka na temat Koszut pochodzi z 1218 roku. Wieś od końca XIV wieku była własnością Leszczyców – Koszutskich. Najprawdopodobniej w rękach tej rodziny miejscowość pozostawała do początku XVIII wieku. Ostatnim dziedzicem Koszut z tej rodziny był Łukasz Koszutski, o którego śmierci wspomniano w 1714 roku.  Z uwagi na to, że majątek rodziny nigdy nie wzrósł do większych rozmiarów, należ sądzić, że wieś przez kolejne stulecia okresu nowożytnego była siedzibą rodową, której centralnym miejscem był dwór i folwark szlachecki. Późniejsze dziesięciolecia XVIII wieku były okresem stagnacji rozwoju przestrzennego miejscowości. Kolejni właściciele posiadający swoje “gniazda rodzinne” w innych miejscach oraz ich dzierżawcy głównie zainteresowani byli osiąganiem bieżących dochodów. Upadający dwór, zniszczony folwark oraz zły stan zabudowy chłopskiej wymieniany w kolejnych lustracjach z 1737 i 1740 były tego potwierdzeniem. W 1775 roku toczył się spór między sąsiadami Józefem Góreckim właścicielem Koszut i Józefem Zabłockim z pobliskich Trzebisławek. Sądząc po tym, że zachowany do dzisiaj dwór został wzniesiony około 1760 roku, można wywnioskować, że kolejni właściciele z tego okresu traktowali Koszuty, już nie tylko jako źródła dochodów, ale także jako miejsce zamieszkania. Zapewne tak było za czasów Józefa Góreckiego, jak i jego następcy, wspomnianego Józefa Zabłockiego, który władał Koszutami do drugiego dziesięciolecia XIX wieku. Po Józefie Zabłockim wieś odziedziczył syn Augustyn, po którym, jak należy sądzić drogą spadku, majętność przejęła wdowa Franciszka z Sieroszewskich, a z kolei po niej, jej córka z wcześniejszego małżeństwa Aniela Świszulska, pozostająca od 1850 roku w małżeństwie z Napoleonem Rekowskim. Czas władania wsią od Józefa Zabłockiego do Anieli Świszulskiej był dla historii przemian Koszut szczególnie ważny. Schyłek życia Józefa związany był z pierwszymi działaniami administracyjnymi związanymi z uwolnieniem chłopów z ograniczeń feudalnych oraz z czasem tzw. rugowania. Za czasów Augustyna wprowadzana była „ustawa regulacyjna” mająca na celu wydzielenie gruntów włościańskich. Następni właściciele Koszut zastali majątek już w całkowicie zmienionej sytuacji gospodarczej. Wieś w tradycyjnym tego słowa znaczeniu przestawała istnieć. Dawne Koszuty stały się dużym przedsiębiorstwem rolnym, a tradycyjne życie wiejskie przeniosło się na „huby”. Kolejny właściciel majątku, mąż Anieli Świszulskiej Napoleon Rekowski, nie był już właścicielem wsi w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, lecz jedynie dóbr związanych z miejscowym folwarkiem. Po Anieli i Napoleonie majątek odziedziczyła córka Maria, ożeniona z Witoldem Kosińskim. Po śmierci Witolda w 1930 roku, dobra koszutskie zostają przekazane Kazimierzowi Rekowskiemu, potomkowi Napoleona Rekowskiego z linii jego pierwszego małżeństwa. Na Kazimierzu kończy się ciągłość własności w Koszutach. Nacjonalizacją dóbr ziemskich przerwano prywatne dziedziczenie własności jako cennej rzeczywistość kulturowej, towarzyszącej mieszkańcom Koszut przez ponad 700 lat.    

Układ przestrzenny Koszut w roku 1827, przed wydzieleniem gruntów chłopskich.

            Z zachowanych dokumentów wynika, że wieś Koszuty istniała przynajmniej od początku XIII wieku. Informacja ta, przynajmniej w odniesieniu do próby odtworzenia układu przestrzennego, niestety nic nie wnosi. Nie znana jest dawna lokalizacja wsi, nie znamy również obszaru uprawianych pól oraz kształtu rozplanowania zabudowy wsi. Wczesna metryka założenia wsi potwierdza jedynie, że prowadzono w tamtym czasie bardzo intensywną akcję osadniczą, która związana była z polityką wzmacniania gospodarczego centrum rodzącego się państwa. Począwszy od drugiej połowy XIII wieku,  interesujące nas tereny, poddane były gruntownej reformie struktury osadniczej, zarówno w wymiarze prawnym, jak i przestrzennym. W wyniku tych działań, również Koszuty poddane były owym przemianom. Pochodną wprowadzenia nowych form gospodarowania opartych na rotacyjnej uprawie trzech pól, było nowe posadowienie wsi. Dalsze dzieje ukazały bardzo dużą stabilność tych rozwiązań. Stosowana nieprzerwanie przez ponad 500 lat „trójpolówka” ugruntowała, nie tylko układy pól, ale również rozplanowanie zabudowy wsi. Zreformowana wieś Koszuty po połowie XIII wieku w zasadniczy sposób nie zmieniła się aż do początku XIX wieku. Odpowiedź na to, czy w tym czasie dokonywane były jakieś korekty, na przykład w związku ze zniszczeniami wojennymi, czy ze wzrostem liczby mieszkańców lub wyludnieniem, mogą dać jedynie badania archeologiczne, których do tej pory nie prowadzono. Innym czynnikiem mającym istotny wpływ na kształt wsi miał rozwój folwarku szlacheckiego zgodnie z nowożytnymi trendami gospodarczymi. Wszystkie te czynniki mogły odegrać istotną rolę w zmianach kształtu zabudowy wsi, szczególnie w drugiej połowie XVII i na początku XVIII wieku. Najstarsze szczegółowe opisy Koszut zachowały się z pierwszej połowy XVIII wieku. Ostatni z 1740 roku. Niestety sposób opisywania nieruchomości pozwala jedynie na wyliczenie wszystkich budynków  znajdujących się we wsi oraz ich kondycję techniczną. Następnym szczególnie ważnym źródłem poznania kształtu Koszut jest plan sporządzony w 1827. Ukazuje on bardzo precyzyjnie obszar całej wsi: układ dróg, cieków wodnych oraz rozplanowanie pól. Na planie rozrysowano również zabudowę wsi, tj. lokalizację dworu, kompozycję parku oraz rozplanowanie folwarku i zagród chłopskich. Zważywszy, że od daty spisania wspomnianych relacji ze stanem zachowania nieruchomości koszutskich, do daty sporządzenia planu minęło około 100 lat, można przypuścić, że w pewnym przybliżeniu zachowany plan odzwierciedla kształt wsi, szczególnie w części zabudowy chłopskiej, przynajmniej z XVIII wieku. W odniesieniu do zabudowy folwarku szlacheckiego oraz założenia rezydencjonalnego dostrzegalne są istotne zmiany. Niewątpliwym novum, odnotowanym na planie, jest kształt dworu, wzniesionego w latach 60-tych XVIII wieku oraz zakomponowanie parku z początku wieku XIX.

            Układ przestrzenny Koszut, przedstawiony na opisywanym wyżej planie jest typowy dla Wielkopolski i ma wiele cech, które można odnaleźć w wielu miejscowościach o podobnej historii. Zabudowę wiejską założono wzdłuż lokalnej drogi, podążającej z kierunku zachodniego, z Trzebisławek, Kromolic i Pierzchna w kierunku południowym i wschodnim do Słupi Wielkiej i Żabikowa. Przebieg równoleżnikowy lokalnej drogi podyktowany był ukształtowaniem terenu, a szczególnie niewielkiej doliny z ciekiem wodnym, płynącym w otoczeniu licznych bagien i rozlewisk. Zagrody chłopskie zgrupowano wokół placu o wrzecionowatym kształcie. Przy wschodnim krańcu placu, po południowej stronie, wzniesiono kościół parafialny oraz zabudowania probostwa, a po stronie północnej dwór i zespół folwarczny. W XVIII i na początku XIX wieku wieś składała się z kilkunastu zagród.           

Układ przestrzenny Koszut w roku 1830, po wydzieleniu gruntów chłopskich.

            W latach 1827 – 1830 wdrożono w Koszutach postanowienia „ustawy regulacyjnej”. W wyniku tejże z ogólnego areału wydzielono części: dworską, chłopską oraz kościelną. Ziemię chłopską oraz kościelną zlokalizowano w południowo - zachodniej części wsi. Nowy kształt wsi po separacji gruntów został naniesiony w charakterze poprawek w 1830 roku, na istniejącym już (opisanym wyżej) planie z roku 1827. Zaznaczono granice pól, wpisując nazwiska nowych właścicieli. Wyrysowano również nową sieć drożną, która z racji rozdzielenia własności ziemi wewnątrz wsi, stała się  przestrzenią publiczną. Nowy układ granic spowodował, że dawne rozplanowanie przestrzenne całkowicie straciło ważność. Fakt ten pociągnął za sobą dalszą ewolucję rozplanowania Koszut w kolejnych latach XIX wieku i w pierwszych dwóch dekadach XX wieku. Z uwagi na to, że teren zabudowany wsi po wydzieleniu części chłopskiej na tzw. „hubach”, został włączony do dóbr majątku, musiał zostać opuszczony przez dawnych mieszkańców. Dawna zabudowa wsi, która tradycyjnie otaczała centralny plac zaczęła zanikać, prawdopodobnie w miarę, jak uwłaszczeni chłopi budowali swoje nowe siedziby na własnych gruntach. W ten sposób zaczęła powstawać całkowicie nowa przestrzeń. W skutek tego procesu w Koszutach zaczęły powstawać dwie odrębne jednostki osadnicze. Na „starym” miejscu pozostał dwór z parkiem, zabudowania folwarczne oraz kościół z plebanią i zapleczem gospodarczym. Natomiast przy południowej granicy gruntów wiejskich wzniesiono domy mieszkalne oraz zabudowania gospodarcze nowych gospodarzy. W związku ze zniesieniem zobowiązań chłopskich wobec folwarku, na terenie dawnej wsi wzniesiono budynki mieszkalne i gospodarcze dla robotników rolnych. Powstająca zabudowania zlokalizowana przy wytyczonej na miejscu placu wiejskiego drodze, ostatecznie zatarła dawny kształt miejscowości. Skalę tych przemian uwidacznia mapa sporządzona w 1890 roku i weryfikowana w roku 1932. 

Znaczenie przemian przestrzennych wsi z 1 połowy XIX wieku.

            Z przedstawionej wyżej analizy przemian przestrzennych, wspomaganej archiwaliami, wynika dobitnie, że zmiany w rozplanowaniu Koszut, które dokonały się około roku 1830 i w latach następnych miały tak istotne dla miejscowości, jak działania reformatorskie prowadzone po połowie XIII wieku. Konsekwencje zmian cywilizacyjnych, w tym rozwój swobód obywatelskich, kultury rolnej i gospodarki kapitałowej na wsi spowodowały, że wieś Koszuty zyskała całkowicie nowe oblicze.

             Znaczenie wiedzy na temat opisanych wyżej procesów ma ogromne znaczenie przynajmniej w kilku wymiarach.

             Po pierwsze wiedza o historii u mieszkańców miejscowości oraz społeczności, która identyfikuje się z tym regionem pozwala stworzyć solidną podstawę dla budowania wspólnotowego zaplecza wzmacniającego świadomość przynależności do środowiska i tradycji, a zatem również wzrostu poczucia własnej wartości w relacjach z tak zwanym „światem zewnętrznym”. W tym zakresie bardzo ważne są wszelkie działania mające na celu zachowanie największej liczby elementów dawnych układów przestrzennych i historycznej zabudowy.

            Po drugie wiedza o procesach przemian przestrzennych zachodzących w przeszłości pozwala tworzyć nową jakość w rozwoju wsi, zarówno w wymiarze ustalania nowych miejsc pod inwestycje mieszkaniowe i gospodarcze, które powinny rozwijać dawną koncepcję planistyczną, jak i w doborze odpowiednich form architektonicznych powstającej zabudowy, odwołujących się do zachowanych przykładów budownictwa.

             Rozgraniczenie przemian z XIX wieku i starszych od rozwiązań planistyczni – architektonicznych powstałych po 1945 roku, jest bardzo istotne dla jakości kulturowej krajobrazu każdej miejscowości. Należy bowiem zaakcentować wyraźną różnicę pomiędzy przemianami, które dokonywały się w pierwszej połowie XIX wieku i tymi, które powstały po drugiej wojnie światowej. Różnica ta leży u źródeł procesów. Zmiany sprzed 150 lat powstawały na skutek ewolucji cywilizacyjnej, miały charakter „naturalny”. Procesy powojenny miały charakter ideologiczny i u podstawy były destrukcyjne.

            W dzisiejszych Koszutach jedynie w niewielkim stopniu korzysta się z tradycji, jako inspiracji przy realizacji nowych inwestycji. Procesy polityczno – gospodarcze z czasu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, które z założenia ignorowały zastany porządek przestrzenny doprowadziły do ukształtowania się nowego układu, który niestety współcześnie jest ciągle kontynuowany. Wydaje się, że zahamowanie tego kierunku postępowania, przynajmniej w takim wymiarze, który nie rodziłby dodatkowych kosztów inwestycyjnych, jest bardzo pożądany.  Chcąc przekonać lokalną społeczność do wagi problemu ważne jest, aby uzmysłowić jej pozytywną perspektywę, polegającą na tym, że racjonalne nawiązywanie do dawnych procesów kształtujących przestrzeń wsi pozwoli wyzwolić takie mechanizmy społeczne, które wzmacniając poczucie własnej wartości, skutecznie zmobilizują lokalne środowisko mieszkańców do aktywizowania się w wielu dziedzinach codziennego życia.

            Jacek Piotrowski

Muzeum w mieście widziane z perspektywy wsi.

Artykuł opublikowany w "Gazecie Średzkiej" nr 43/746 z 29.10.2009 roku.


        Od pewnego czasu słyszymy w naszym mieście ożywioną dyskusję na temat nowego muzeum, które miałoby gromadzić i eksponować zbiory związane z historią Środy. Prowadząc od ubiegłego roku Muzeum Ziemi Średzkiej „Dwór w Koszutach”, jestem bardzo zainteresowany, co myślą Średzianie na ten temat, jakie mają wyobrażenia funkcjonowania nowej placówki itp. Korzystając z możliwości publicznego wypowiedzenia się na łamach „Gazety Średzkiej”, chciałbym podzielić się z Państwem, moimi przemyśleniami na ten temat.
Perspektywa powstania muzeum rodzi trzy zasadnicze pytania:

1. Co to jest muzeum?
       Podejmując ten temat musimy cofnąć się w czasie przynajmniej o 200 lat. Idea muzeum, która zrobiła wielką karierę w kręgu cywilizacji europejskiej ukształtowała się w epoce oświecenia i było próba stworzenia miejsca kultu myśli i dorobku człowieka. Muzea tworzone w XIX wieku wyglądały jak świątynie i tak też były traktowane, a eksponowane przedmioty nabierały rangi „relikwii”. Dotyczyło to zarówno dzieł sztuki, pamiątek po wybitnych ludziach czy wydarzeniach, jak również osobliwości przyrodniczych, które były gromadzone w efekcie prowadzenia różnego typy działalności naukowej. To właśnie w tym czasie powstawały wielkie muzea Europy. „Najszacowniejsze” muzea w Polsce również były tworzone w tym duchu. Na naszym gruncie okoliczności braku własnej państwowości komplikowały ten proces powodując, że rodzime przykłady nie są tak jednoznaczne, jak np. muzea w Paryżu, Amsterdamie, Berlinie, Londynie czy Petersburgu. „Sakralny” charakter muzeum XIX wieku emanował duchowością „epoki bez Boga” – był wręcz jego symbolem (por.: Mariusz Bryl, Hans Sedelmayer: muzeum jako symbol „epoki bez Boga”, [w:] Muzeum sztuki. Antologia. Kraków, 2005). W przypadku naszej historii, ważna jest dygresja, że idea ta bardzo wyraźnie została „zakonserwowana” przez ideologię komunistyczną, która promowała ateizm i XIX – to wieczną ideę „państwa narodowego”. Omawiana wyżej koncepcja pokazywania eksponatów wymuszała tworzenie muzeów według ściśle określonych schematów architektonicznych oraz schematów wystawienniczych. Stąd muzea kojarzą się nam z monumentalnymi budowlami i wielkimi prostopadłościennymi pomieszczeniami, które pokonujemy spacerując od sali do Sali, oglądając wystawione przedmioty niczym „skarby”.
        Przemiany, jakie dokonywały się w obrębie cywilizacji zachodniej, doprowadziły w pierwszym rzędzie do zmiany organizacji przestrzeni muzeów. Nowe muzea budowane w duchu modernizmu, które zaczęły pojawiać się na początku XX wieku przewartościowały pojęcie przestrzeni ekspozycyjnej. Wnętrza muzeów zaczęły przenikać się, „falować”, a widzowie swobodnie mogli oglądać nie tylko zgromadzone dzieła, ale również samych siebie. Ewidentny wpływ na nowe widzenie muzeów miała współczesna sztuka abstrakcyjna. Na marginesie należy zaznaczyć, że u podłoża tych muzeów leżała zasadniczo ta sama duchowość.
        Dzisiaj mamy już zupełnie inną sytuację. Świat „przyspieszył” tak mocno, że w skali jednego pokolenia możemy obserwować zaskakująco duże przemiany. Dotyczy to również interesującej nas sprawy. Widzimy wyraźnie jak bankrutują idee oświeceniowe. Obecnie światem rządzą idee od postmodernizmu, przez personalizm po fundamentalizm. Z uwagi na to, że społeczeństwa są w wysokim stopniu pluralistyczne, potrzebują takich „miejsc autorefleksji”, które sprostałyby ich wymogom. Muzea „odsakralizowano” – w dawnym tego słowa znaczeniu. Na pierwszy plan wysuwa się pojecie „komunikatu”. Stąd współczesne muzeum, to przede wszystkim „przestrzeń komunikująca”. Uwidacznia się to głównie przez rozwój różnych form edukacyjnych. Owa „przestrzeń komunikująca” potrzebuje coraz to nowych mediów. Informatyzacja naszego życia, całkowicie inny obraz sztuki (instalacje, sztuka konceptualna, wideo, performance itp.), bogactwo sposobów przekazywania informacji, wiedzy czy idei, widoczne we współczesnym świecie, wymuszają zastosowanie tych samych technik w muzealnictwie, po to, aby placówki te w ogóle były zauważalne „na giełdzie wymiany informacji globalnej wioski” oraz mogły realizować swoją misję. Na naszych oczach tworzą się zupełnie nowe przestrzenie muzealne, (np.: Wexner Center for the Arts w Columbus, Stan Ohio, USA,  Vitra Design Museum w Weil nad Renem, Badenia – Wirtembergia, Niemcy, czy budowane w nieco „umiarkowanej” formie Muzeum Historii Żydów Polskich, wg projektu zespołu fińskiego Lahdelma & Mahlamäki, w Warszawie). W zamierzeniach współczesnych architektów i muzealników nowa przestrzeń „stylu dekonstruktywistycznego” powinna charakteryzować się stymulującą nieprzewidywalnością i kontrolowanym chaosem. A wszystko po to, aby zainteresować widza, zaskoczyć go, zaciekawić.
         Współczesna przestrzeń muzealna odeszła już całkowicie od swoich „świątynnych” korzeni, nie musi już manifestować jakieś fundamentalnej idei, ma być medium – elastyczną, czasem możliwie najbardziej neutralną (tak jak pusta przestrzeń Tate Modern w Londynie, dawna hala turbin elektrowni Bankside Power Station). Jej sens usprawiedliwiany jest dopiero przez eksponowane dzieła. Owa medialność powinna uwidocznić się również przez różnorakie sposoby eksponowania, od elementów zabawowych (ekspozycja muzealna ma być jak scena z filmu „Noc w operze” z braćmi Max, gdzie głośny kakofoniczny spektakl rozrywkowy, jest źródłem niezłego ubawu (wypowiedź Glenn’a Lowry’ego, dyrektora Muzeum of Modern Arts w Nowym Jorku), po łączenie ekspozycji sztuki z handlem (Stary Browar – Centrum Handlowe w Poznaniu). „…Zdolność do skutecznej komunikacji zależy nie tylko i wyłącznie od kompetencji odbiorców, ale także od jakości i dostępności kanałów komunikacyjnych…” (Ministerstwo Kultury, Narodowa strategia rozwoju kultury na lata 2004–2013, s. 10.).

2. Jaki typ muzeum odpowiadałoby aspiracjom mieszkańców Środy?
       Zdaję sobie sprawę, że odpowiedź na pierwsze pytanie może wzbudzić zdziwienie. Co ma bowiem „nasza sprawa” wspólnego z „wielkim światem”. Myślę, że jednak ma. Otaczamy się ideami czy przedmiotami, które są „produktami współczesnej globalizacji”. Muzeum, o którym dyskutujemy nie może odstawać od tego wszystkiego, czym żyjemy na co dzień. W przeciwnym razie już na starcie skazani będziemy na porażkę. Poza tym, po co przywoływać duchy przebrzmiałych ideologii, o których wspominałem wyżej? Chyba nie chcemy, aby nowe muzeum skupiało zainteresowanie jedynie wąskiego grona osób, potwierdzających przez jego istnienie własne status quo. Wszyscy chcemy, aby ta nowa placówka była swoistym pasem transmisyjnym: między starym i nowym pokoleniem naszego miasta, między dorobkiem kulturowym mikroregionu i tymi wszystkimi ludźmi, którzy mają potrzebę wzbogacenia swojej wiedzy na temat odwiedzanych miejsc, czy między współczesnym światem sztuki i codziennością.
       Uważam, że nowe muzeum nie powinno zamykać się w granicach „zbiorów – pamiątek” mieszkańców Środy i okolicy. Powinno być miejscem przestrzennie elastycznym, które w sposób atrakcyjny i nowoczesny pozwoliłoby wyeksponować zarówno owe pamiątki, jak i dzieła dawnej i współczesnej sztuki, w tym instalacje, prezentacje wideo, happeningi, performance, różnego typu przedstawienia z pogranicza teatru, sztuk wizualnych, muzyki itp. Czy mamy w mieście takie miejsce, które spełniłoby te wszystkie warunki? Nie wiem. Moim „typem” jest budynek szwalni – dawny klasztor Dominikanów, położony między ulicami Mała Klasztorna, Wiosny Ludów i  kościołem parafialnym p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Obiekt ten ma wiele zalet. Mógłby zresztą służyć miastu nie tylko jako muzeum. Mógłby na przykład rozwiązać inne problemy lokalowe instytucji kultury czy naszej administracji. Po pierwsze szwalnia jest budynkiem o wybitnych walorach architektonicznych (słabo widocznych wskutek licznych przebudów, ale możliwych do odsłonięcia), pochodzących z czasów średniowiecza. Po drugie, jako miejsce wielowiekowego funkcjonowania klasztoru Dominikanów, w wyraźny sposób uwidacznia rangę naszego miasta w historii. Po trzecie rewitalizacja obiektu i uwidocznienie jego gotyckiej stylistyki wzmocniłoby atrakcyjność turystyczną naszego miasta. Po czwarte przestrzeń poprzemysłowa w znakomity sposób nadaje się do realizacji współczesnych prezentacji muzealnych.

3. Czy Środę stać na utworzenie nowej placówki?
        Oto jest pytanie! Sądzę, że na wstępie należy zadać sobie inne pytanie: ile chcemy łożyć na kulturę? Pomimo, że powszechnie wiadomo, iż podstawą wszelkiego dobrobytu każdej społeczności jest kultura „…Kultura warunkuje rozwój społeczny i gospodarczy, kształtuje postawy obywateli i formy instytucjonalne państw. Nie jest więc tylko elementem systemu, ani tym bardziej dziedziną życia społecznego, ale podstawą do wszelkich zmian instytucjonalno-ekonomicznych społeczeństw…” (Ministerstwo Kultury, Narodowa strategia rozwoju kultury na lata 2004–2013, s. 6.), to w ostatnich latach wydatki z gminnego budżetu na placówkę w Koszutach były skromne i plasowały się poniżej średniej w porównaniu do innych podobnych muzeów, wynosząc zaledwie 0,5% tegoż budżetu. Informacja ta jest na tyle istotna, że pokazuje granice finansowe, w obrębie których się dzisiaj poruszamy.
       Odnosząc się do pomysłu, który został zwerbalizowany przez pana Pawła Owczarzaka, w artykule „Dwa Muzea, jeden dyrektor” w Gazecie Średzkiej nr 41/744 z dnia 15 października bieżącego roku, nasuwa się kilka rozwiązań.
       Pierwsze z nich jest związane z wnioskiem „Rewitalizacja Muzeum Ziemi Średzkiej «Dwór w Koszutach» oraz rewitalizacja parku” złożonym w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. W programie tym m.in. wspomina się o planowanym powiększeniu powierzchni wystawienniczej Muzeum Ziemi Średzkiej „Dwór w Koszutach” przez budowę – przeniesienie zabytkowego spichlerza lub stodoły (a może jednego i drugiego?) na teren zabytkowego parku, w miejsce dawnego folwarku zbożowego. Przeniesienie zabytkowych obiektów jest także racjonalne z konserwatorskiego punktu widzenia. Wiemy, że stodoły z natury rzeczy mają dużą kubaturę, wobec czego obiekt tego typu, po odpowiedniej adaptacji, mogły spełniać rolę nowoczesnej przestrzeni wystawienniczej. Korzyści finansowe ulokowania eksponatów w Koszutach płynęłyby również z tego powodu, że obiekt lub obiekty korzystałyby z istniejącej już infrastruktury. Nie byłoby również trudności z promocją nowej placówki, bowiem będąc częścią Muzeum Ziemi Średzkiej, w sposób naturalny wpisywałyby się w świadomość środowisk kulturalnych i turystycznych całej Polski. Poszerzając działalność na terenie Muzeum w Koszutach konieczne byłoby powiększenie zespołu o przynajmniej półtora etatu.
       Drugim rozwiązaniem byłoby utworzenie placówki na terenie miasta. Rozwiązanie to miałoby niewątpliwie pewne zalety dla mieszkańców miasta (pod warunkiem zachowania wyżej opisanego standardu), jednak byłoby kosztowniejsze. Po pierwsze potrzeby etatowe zwiększyłyby się do trzech posad. Placówka funkcjonująca poza Koszutami dodatkowo obciążałaby budżet różnorakimi kosztami utrzymania lokalu czy budynku.
       Konstruktywnym pomysłem jest również stworzenie bezpiecznego miejsca przechowywania nowo nabywanych muzealiów i eksponowanie ich w formie czasowych wystaw w Koszutach, w Środzie w placówkach kulturalnych i w innych miejscach, promując nasz mikroregion. Rozwiązanie to byłoby najtańsze, ale też najmniej atrakcyjne.
       Jeszcze innym rozwiązaniem byłoby powołanie całkowicie niezależnej instytucji muzealnej, finansowanej przez budżet gminny. W obecnych okolicznościach, uważam ten pomysł jako wysoce nieracjonalny, zważywszy na ogromne problemy finansowe, z jakimi borykamy się dzisiaj.
       Zupełnie inną, ale bardzo ważną kwestią jest wybór i ewentualna wycena nabywanych muzealiów. Tutaj również powstaną koszty wynikające z finansowania zespołu fachowców określających jakość i wartość muzealiów. Oczywiście koszty powstaną także przy ich zakupach. Dalsze koszty to urządzenie wystawy według współczesnych standardów. Działanie to może być wprawdzie zaskakująco drogie, ale za to efekt bardzo korzystny.
       Podsumowując uważam, że realizowanie zamierzenia półśrodkami, na przykład umieszczenie muzeum w małych pomieszczeniach adaptowanych po biurach czy mieszkaniach, skazane byłoby na niepowodzenie, a więc także byłoby stratą wydanych pieniędzy.
       Kończąc warto jeszcze wspomnieć, że muzeum miejskie w Środzie może również powstać z inicjatywy jednego lub wielu stowarzyszeń i organizacji pozarządowych. Koncepcja ta w pewnym stopniu mogłaby potanić całą inicjatywę, bowiem wiele prac wykonane byłoby przez członków tychże organizacji. Ewentualne dotowanie z gminnego, czy powiatowego budżetu, musiałoby jedynie odbywać się przy współudziale samorządowego kuratora, który kontrolowałby racjonalność wydatkowanych środków, zważywszy na ich wysoce specjalistyczny charakter.

                             Jacek Piotrowski, dyrektor Muzeum Ziemi Średzkiej „Dwór w Koszutach”.